Wiślane bolenie za 3.... 2.... 1...!

Mazowiecki odcinek Wisły to wymagający poligon, zwłaszcza w maju. Królowa polskich rzek jest jeszcze senna po zimowym przestoju, niechętnie budzi się do życia i rozpędza się zdecydowanie wolniej niż inne rzeki. Taki schemat powtarza się co roku w zależności od tego, kiedy na dobre nadeszła wiosna, więc tegoroczna majówka nie zapowiada się lepiej...
Maj dla mnie i wielu moich znajomych stoi pod znakiem bolenia. Owszem, można też pokusić się o wyprawę nad jakieś płytkie jeziora czy inne bagienka w poszukiwaniu odpasionych już po tarle szczupaków, jednak ja mam tak, że wolę jak woda płynie. I choć wiem, że szału nad Wisłą nie będzie, to i tak - o ile nie będzie dramatu pogodowego, na pierwszy cel w maju wybieram wielką rzekę i bolenie. Dzika rzeka, z dala od miasta jest tym, za czym najbardziej tęskniłem przez zimowe miesiące.
Przez wiele lat sezon boleniowy rozpoczynałem z brzegu, zostawiając sobie pływanie pontonem na kolejne tygodnie. Woda jest jeszcze zimna, poranki chłodne - czasem nawet z niewielkim przymrozkiem, więc drobnica trzyma się brzegu. Uklejki i małe krąpiki szukają spowolnień i cieni nurtowych, miejsc nasłonecznonych i płytkich, gdzie mogą ogrzać się w promieniach słońca. Za nimi oczywiście podążają bolenie i choć swoje stanowiska obierają w innych miejscach, to tam gdzie zbiera się drobnica, tam będzie ich stołówka. Zdecydowanie łatwiej obłowimy je skradając się w trampkach, niż napływając na nie jakimkolwiek pływadłem. Ryby w większości będą blisko brzegu i łatwiej rzucić na wodę, ściągając przynętę pod nasze nogi, niż od strony głównego nurtu ciskać woblerami po kamieniach czy krzakach.
Kilka lat temu trochę zmieniłem taktykę i zdarza mi się rozpoczynać sezon boleniowy na pontonie. Powody są dwa: po pierwsze wiele fajnych met boleniowych pierwszego maja jest już zajętych o godzinie drugiej w nocy i pływając po rzece mogę się szybciej przemieszczać, a po drugie zawsze znajdę sobie miejscówkę, do której ludzie nie docierają. Dojazd jest niemożliwy, dojście problematyczne (rozlewiska, bagienka, lasy łęgowe itp), albo po prostu zbyt daleko od drogi - dla mnie to miejsce idealne, żeby dopłynąć i wyjść.
Jest jeszcze jeden plus przyatakowania boleni z pokładu pontonu - czasem znajdzie się jakaś przykosa, na której od czasu do czasu coś chlapnie, a nie dorzucimy ani nie dojdziemy do niej z brzegu. 
Ciepły maj pozwala czasem wejść na przykosę w krótkich spodenkach.
Niby mimochodem wymieniłem potencjalnie niezłe miejscówki na majowe bolenie. Wiem, że wielu z Was ciekawi wątek sprzętowy, ale ten zostawię na koniec i jeszcze chwilę poświęcę rzece, bowiem zdecydowana większość sukcesu to wybór odpowiedniego miejsca, a nie wędki.
Przede wszystkim patrzcie na wodę i szukajcie oznak bytowania drobnicy. W słoneczny dzień uklejki będą już oczkować na powierzchni wody, małe kleniki i krąpiki powinny się pokazywać odrobinkę głębiej, ale będą widoczne przy brzegach, a raz na jakiś czas powina też zawinąć rapka. Piszę rapka, a nie rapa, bowiem najczęściej na początku maja chlapią bolenie małe, a średniaki i ryby duże są bardziej dyskretne. Gdy wiemy już CZEGO wypatrywać, to teraz pomyślmy GDZIE wypatrywać. 
Średniaczek ze śródrzecznej przykosy
Główki
Dobre i rapodajne miejscówki, jednak ciężko będzie nam znaleźć wolną główkę podczas majowego weekendu. To ulubione miejsce nie tylko ryb, ale i wędkarzy. Wiele wiślanych ostróg, zwłaszcza tych z dobrym dojazdem wygląda jak "jeż ofensywny", gdyż sterczących w górę gruntówek jest więcej niż wiklin przy wejściu na miejscówkę. Nadzieją są główki przerwane u nasady, do których nie da się dojść.
Najciekawszą miejscówką jest tu zapływ (woda poniżej główki), w szczególności warkocz i poniżej wyjście na piaszczystą płyciznę. W tych okolicach zbierają się uklejki i tu też najczęściej atakują bolenie. Zanim oddacie pierwsze rzuty usiądźcie na kilka minut i poobserwujcie powierzchnię wody - szybko dostrzeżecie gdzie buszuje drobnica i być może zobaczycie też ganiającego bolenia. Potem jest już z górki - wystarczy nie spłoszyć ryby i odpowiednio poprowadzić dobraną do warunków przynętę. No i fart, bo szczęście nad wodą również jest bardzo potrzebne. Nie podchodźcie do szczytu główki! Stańcie kilka metrów dalej, by móc przerzucić obiecujące miejsce (próbujcie łowić tak, aby nie wrzucać przynęt boleniowi na głowę, a przerzucić rejon ataków i wprowadzić tam pracującą już przynętę) i nie pokazać się rybie. Dopiero, gdy na dobre obłowicie już warkocz możecie wejść na szczyt, aby sięgnąć odległe wyjście na piaszczystą płyciznę w dole rzeki. Nigdy odrwotnie!
Napływy główek są świetnymi łowiskami, jednak na nie przyjdzie czas gdy woda się ociepli.
Dobra główka - nie każdy na nią wejdzie, więc aż pachnie boleniem.
Opaski
To jedne z moich ulubionych met na rzeczne drapieżniki, nie tylko bolenie. Kamienna opaska, im starsza tym lepsza, bowiem z czasem nurt i płynąca zimą kra tworzą mniejsze i większe wyrwy w kamiennym usypisku. Po równej opasce nurt często gna jak oszalały, jednak jeśli kamienie są naruszone, porozsypywane, a nurt porozrzuca pnie drzew, tworzą się niewielkie wolniaki, wsteczne prądy i cienie nurtowe. W takich właśnie "mini zatoczkach" lubi ustawić się drobnica, aby trochę odpocząć od silnego uciągu. Plusem opasek jest to, że często jest tu głęboko (gruba ryba lubi grubą wodę) i mieszkają tu duże ryby, a samo łowienie bywa trudne technicznie - zwłaszcza jeśli chodzi o metodę gruntową. Bardzo często ciężarek, który dojdzie do dna zostaje już tam na zawsze i opaski odstraszają wielu miłośników gruntówki.
Dla spinningistów też są trudne, jednak boleniarze mają odrobinę łatwiej. Nasze przynęty nie muszą docierać do dna, prowadzimy je często pod samą powierzchnią i blisko brzegu - zaczepy raczej nam nie straszne. Jednak samo chodzenie po kamiennej opasce wymaga od nas trochę koncetracji, bowiem turlające się kamienie skutecznie wypłoszą drapieżniki z całej okolicy. Tu poruszamy się powoli, każdy krok stawiamy ostrożnie i tak samo jak w przypadku łowienia z główek, nie podchodzimy za blisko do miejscówki. Ja lubię przycupnąć kilkanaście metrów od potencjalnej mety, odczekać kilka minut i dopiero oddać pierwszy rzut. Lepiej też rzucić za bardzo na wodę, niż za bardzo w brzeg...
Przykosy
Na przykosach zdecydowanie częściej łowię w cieplejszych miejsciącach, gdy uklejki nie będą już unikały szybkiej wody, jednak również na początku maja zdarza się, że porzucam tu za boleniami. Przykosa przykosie jednak nie równa i podczas majówki większość z nich będzie pusta. Jeśli zaobserwujemy oznaki żerującego bolenia, zdecydowanie warto spróbować tam rzucić (oczywiście pod warunkiem, że mamy jak tam dotrzeć...), na pozostałych kantach wystarczy oddać kilkanaście kontrolych rzutów i można szukać dalej. O samych przykosach nie będę się rozpisywał, bo to szeroki temat i warto zostawić go na letnie miesiące, gdy oprócz boleni będziemy mogli porzucać tam za sumem czy sandaczem. Tak czy inaczej jeśli macie wyraźnie rysującą się przykosę w zasięgu rzutu, warto tam machnąć kilka razy.
Wyraźnie zarysowany kant przykosy. Tu niestety woda jest zbyt wolna aby była to dobra meta boleniowa.
Dzikie burty
Jeszcze bardziej "przynętochłonne" miejscówki niż opaska, przeważnie z trudniejszym dostępem ale i mniej oblegane. Dzika burta to klasyk łowienia w nieuregulowanej rzece, miejsce które bezsprzecznie kojarzy się z rzeką, do której nie dobrali się melioranci. Nurt napierający na linię brzegową, często porośnięty wielkimi topolami i innymi drzewami, podmywa korzenie, zabiera brzegi i finalnie kładzie olbrzymie pnie do wody. Leżące w poprzek nurtu potężne drzewa tworzą "klatki" ze spokojniejszą wodą, choć poniżej ich koron głębokość często sięga 4 czy 5 metrów, czasem więcej. Jednak na powierzchni jest spokojniej i...cieplej, dzięki czemu tu również lubią zbierać się uklejki. Wśród powalonych pni czają się bolenie i tu uwaga! - dzikie burty bardzo często są domem dla największych w rzece drapieżników. To tu przy dnie czają się olbrzymie sumy i sandacze, ale również potężne rapy. W takich miejscach musimy się liczyć z rapą słusznych gabarytów i proponowałby zrezygnować tu z cieniutkich plecioneczek czy kijaszków z c.w. do 10 gramów. Raz na czas jakiś strzeli nam tu taka ryba, która wystawi nasz sprzęt na poważną próbę i powinniśmy być na to gotowi.
Na dzikich burtach przeważnie oddajemy krótkie, prezycyjne rzuty tak, aby nie wtarabanić się naszą przynętą w gałęzie nad i pod wodą. Przerzucamy spokojny obszar wody aby wobler lub guma wpadły w nurt i właśnie od strony głównego nurtu wjechały na spokojną wodę. Tu brania bywają niezwykle mocne i agresywne i tak jak w przypadku opasek, burtę łatwiej obłowić od strony lądu niż wody, jednak przeważnie jeszcze trudniej tu dotrzeć. To duży plus!
Prawdziwa, wiślana dzika burta. To jest łowisko dla wytrwałych spinningistów.
Kamienne rafy
Tam gdzie łowię jest ich niewiele, nad czym ubolewam - zwłaszcza w cieplejszych okresach. Jeśli na Waszym kawałku rzeki macie śródrzeczne rafy, jesteście szczęściarzami i moim zdaniem nie powinniście omijać takich miejsc, choć...latem będą lepsze. W kamieniach zawsze kręcą się drobne rybki i zawsze podchodzą jakieś drapieżniki - zakładam oczywiście, że wody jest tam więcej niż do przysłowiowej torby. Tu często drapieżniki wpadają i uciakają, jednak odwiedzają takie miejsca wielokrotnie w ciągu dnia - dlatego warto tu zajrzeć co jakiś czas. Na początku maja szukajcie drobnych odkosów, odbić nurtu i mini zatoczek - podobnie jak na opaskach.

Gruba majowa rapa z kamiennej opaski
Na koniec kilka słów o sprzęcie choć pamiętajcie, że najważniejsze jest dobre wytypowanie miejscówki. W źle wytypowanym miejsu, gdzie nie ma ryby nic nie złowicie nawet, gdy będziecie mieli "najlepszą" wędkę czy przynętę (piszę to w cudzysłowie, gdyż nie istnieje najlepsza wędka, tak jak nie ma najlepszej przynęty - pamiętajcie o tym) i odwrotnie - jeśli dobrze wybierzecie metę, w której są ryby, to macie szanse je złowić nawet na kiepską wędkę. Sprzęt ułatwia łowienie ryb, sprawia, iż wędkowanie staje się przyjemniejsze czy trochę skuteczniejsze, jednak ryby za nas nie złowi. To na wstępie.
Ja w maju stosuję dwa boleniowe zestawy - jeden do łowienia z brzegu, drugi z pokładu pontonu.
Kij brzegowy moim zdaniem powinien być długi i wcale nie chodzi o odległóść rzutów, a bardziej o odpowienie poprowadzenie przynęty (zwłaszcza wzdłuż kamiennej opaski) i ułatwienia podczas holu zaciętej ryby. Ja lubię wędki w granicach 3 metrów, o dynamicznej ale nie sztywnej akcji - takiej, aby były szybkie, jednak pracowały pod rybą. Kijek powinien ładować się pod lekkimi woblerami (tak, czasami takimi też warto połowić - o tym za chwilę), ale i pod takimi po 20 gramów. Ja już kilka lat temu postawiłem na wędkę Abu Garcia SOLV o długości 302cm i c.w. 15-40 gramów. I tu uwaga! Od wielu lat współpracuję z Abu, dzięki czemu miałem okazję przerobić kilka(naście) wędek boleniowych tej marki i moim zdaniem wiele długich wędek Abu ma błędny opis ciężaru wyrzutowego. Oczywiście to moja prywatna opinia! Często dolny i górny zakres jest mocno zawyżony. Opisywany SOLV ma na blanku c.w. 15-40 gramów, jednak realnie nie założyłbym więcej niż 28-30 gramów, ale też kij ten fajnie ładuje się pod leciutkimi woblerami. Sam chyba opisałbym go bardziej jako 5-30 gramów, ale to chyba jedyna uwaga krytyczna, jaką mógłbym napisać o tej wędce.
Wędka do łowienia z pontonu powinna być moim zdaniem zdecydowanie krótsza, co ułatwi hol i podebranie. Tu nie zejdziemy do zaciętej ryby, nie wprowadzimy jej w wolniaczek i nie wyholujemy wyślizgiem, a stojąc w nurcie musimy ją podciągnąć do burty.
Ostatnie dwa czy trzy sezony łowiłem kijem Abu Garcia Fantasista o długości 213cm i c.w. 5-30 gramów i jest to fajny kompromis dla łowiących bolenie woblerami ze sterem, a wobkami wertykalnymi (nazwijmy je na potrzeby tego tekstu cykadami). Kij szybki, nawet odrobinę za szybki (jeśli chodzi o sterówki) i pierwotnie przeznaczony do łowienia sandaczy (swoją drogą naprawdę świetna sandaczówka na mniejsze rzeki i zbiorniki ze stojącą wodą), jednak ja go fajnie zaadoptowałem do rzecznych boleni. Jeśli oglądacie moje filmy, to właśnie tym kijem udało mi się wyholować wiślanego suma o długości 210cm - na boleniową cykadę i pleconkę o średnicy 0,14mm!
Na ten sezon mam nową wędkę, która na sucho zapowiada się fajnie, ale przyznam szczerze, jeszcze nią nie łowiłem. Również jest to wędka Abu, ale model Veritas. Jak się sprawdzi? - dam znać w ciągu sezonu.
Wielu wędkarzy uważa, że kołowrotek na bolenie musi być szybki, czyli mieć jak najwyższe przełożenie. I tak, i nie. Powiem Wam szczerze, że mimo iż sam mam taki kołowrotek to zdecydowaną większość boleni łowię prowadząc przynęty średnim tempem, a czasem nawet wolnym. Prowadzenie przynęt i ich rodzaj powinniśmy dobrać do miejsca i aktywności ryb, a nie do gatunku. Łowiłem już bolenie kręcąc korbą jak oszalały, ale też na wobki postawione w nurcie, bez ruchu. Z boleniami jak z każdą inną rybą - trzeba kombinować i dostosować się do warunków panujących nad i pod wodą.
Do długiego kija łowiąc z brzegu podpiętego mam Revo Rocket z dużym przełożeniem, a pod kij pontonowy....zmieniam. Czasem jest to Spike, ostatnio testowałem nowego Beasta w rozmiarze 3000. Pamiętajcie, że kołowrotek wcale nie jest najważniejszy w zestawie boleniowym. Ważne, aby nie plątał cienkiej plecionki przy długich rzutach (czyli prezycyjnie układał ją na szpuli) i nie męczył ręki podczas całodniowych wypraw. Boleń nie jest fighterem i nie potrzebujemy mocarnego Penna - zostawmy go sobie na inne, silniejsze ryby.
Wspomniałem o plecionce, więc dokończę myśl. Ja używam plecionki, ale jeśli z jakiegokolwiek powodu wolicie żyłkę, to łówcie tak, jak lubicie. Ja wybrałem pletkę - z brzegu lżej, przeważnie 0,12mm, z pontonu mocniej, przeważnie 0,14mm. Unikam kolorów jaskrawych (seledyn, czerwień), chociaż niektórzy z moich kolegów takich używają i na wyniki nie mogą narzekać - przynajmniej jeśli chodzi o Wisłę. Nie stosują żadnego przyponu z fluorocarbonu, bowiem moim zdaniem nie wpływa on na ilość brań wiślanych boleni, a tylko niepotrzebnie osłabia zestaw. Preferuję linki ciemnozielone lub białe, ale trzy lata temu trochę z musu sięgnąłem po niebieską plecionkę Nautil, która ponoć stworzona została do dalekich rzutów. Z czasem trochę blaknie, ale zdecydowanie polecam Wam kiedyś spróbować - mi sprawdza się zaskakująco dobrze.
Do plecionki dowiązuję agrafkę (bez krętlika, bo nie ma takiej potrzeby...) i na nią wobler. Właśnie - wobler. To moja podsawowa przynęta na bolenie, zwłaszcza w maju. W późniejszych miesiącach częściej sięgam po cykadę (dla przypomnienia - woblera wertykalnego), czasem po gumę czy nawet wahadłówkę, jednak moją podstawową przynętą w maju jest wobler ze sterem. I tu zaczynają się schody, bowiem już dawno temu łowienie boleni przeszło mi w kolekcjonerstwo czy inne zbieractwo i szczerze mówiąc....mam tego towaru bardzo dużo, aż za dużo. I nie podam Wam nazwy najlepszego woblera, który działa zawsze i wszędzie - bo taki wobler po prostu nie istnieje. Nie ma takiej przynęty, która zawsze da Wam rybę. Przynętę musimy dostosować do miejsca (siła uciągu wody, odległość miejscówki od naszego stanowiska, drobnica na której żerują bolenie) oraz do tego, na jakich rybkach żerują bolenie (czy są to krąpie, czy kiełbie, czy uklejki, czy np drobny wylęg). Woblery są mniejsze i większe, smukłe i bardziej pękate, w różnych barwach i o najróżniejszej pracy, dalekosiężne i pływające nieloty. Tu już musicie kombinować sami, bo w pudełku warto mieć kilka najróżniejszych modeli i po prostu zmieniać, gdy nie biorą.
Majówka zbliża się do nas wielkimi krokami i mam nadzieję, że pogoda nie zmusi mnie do rozpoczęcia najpiękniejszego miesiąca....szczupakami. Lećcie nad wodę, cieszcie się pięknem naszej pasji i mam nadzieję, że palce nie zardzewieły mi na tyle, że dotarliście do końca tego tekstu. Serwus!
Kamil "Łysy Wąż" Walicki




